Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
191 postów 2841 komentarzy

Najpierw sprawiedliwość

miarka - ...nie przestajmy czcić świętości swoje I przechowywać ideałów czystość; Do nas należy dać im moc i zbroję, By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość. http://www.youtube.com/watch?v=1Tw0_BtJ3as

Po co nam się przejmować sumieniem?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Dokonywane ostatnio zmiany w podejściu do sakramentu spowiedzi formalnie dotyczą kapłanów-spowiedników, ale w rzeczywistości oznaczają walkę o nasze, katolików sumienia.

 

Piotr Jaroszyński wyjaśnia, że „sumienie nie jest jakąś tajemniczą, czy samodzielną władzą, choć sam termin występuje w formie rzeczownikowej. Polskie „sumienie” jest kalką łacińskiego terminu „consciencia”, które oznacza jakby współwiedzę, stąd s – czyli współ, i „umienie”, czyli wiedza (od słowa „um”, czyli umysł). A więc sumienie jest pewnym stanem naszego umysłu oceniającego pod kątem dobra i zła moralnego każdą podjętą przez nas decyzję, czy wyłoniony na jej podstawie czyn” (G. Bujak).

 

Najpierw rys historyczny.

Ojciec Jacek Woroniecki uważa że sumienie to sąd praktycznego rozumu o czynie zamierzonym lub już spełnionym, dokonywany przy udziale woli (czyli nasze sumienie kontroluje najpierw nasz proces rozumowania, dalej chcenia, a w końcu decyzji czy można działać). Podobnie uważa i ociec Krąpiec nawiązujący do myśli świętego Tomasza z Akwinu. I to jest głos większości dzisiejszej głośnych myślicieli. Za takiego uważa się też papież Franciszek. Jest to więc dziś głos poprawny politycznie.

Jednak jeszcze od czasów świętego Tomasza z Akwinu był i drugi nurt, i oba te nurty się uzupełniały. Ten drugi nurt to interpretacja sumienia w odwrotnej kolejności, zaproponowana przez świętego Bonawenturę. Twierdził on, że podmiotem synderezy jest nie jest rozum, a wolna wola, której akty stają się z kolei pobudką do działania rozumu (czyli że nasze sumienie rozważa najpierw naszą wolną wolę by „chcieć”, później „znaleźć drogę rozumną” dla realizacji swojej woli, dalej „móc”).

W obu przypadkach kolejność „chcieć” i „móc” jest właściwa” - najpierw „chcieć”, później „móc” – w skrócie „chcieć znaczy móc”. Jednak kolejność „rozumu” i „woli” nie jest obojętna.

 

Znamy przypadek komunizmu, który okazał się w pierwszej kolejności wyrozumowaną utopią (wyrozumowaną rozumem ludzkim, nie zakorzenionym w Bogu, rozumem nie zakorzenionym w Duchu Świętym, rozumem traktowanym jako własny człowieka, a nie jako dar Ducha Świętego a więc dar celowy, który dobrze użyty może wydać owoc błogosławiony, ale źle użyty skutkuje owocem przeklętym),. Utopią która później nie dała się zrealizować mimo dobrej woli (a nawet złej woli i śmierci wielu milionów ludzi) żeby ją zmienić w czyn. - Okazała się katastrofą – nie mogło przyjść „móc”.

Rozum zawiódł już w założeniach komunizmu – później ani dobra, ani zła wola nie była już w stanie tego zrealizować. Gdyby tak komuniści najpierw zorganizowali się w dobrej woli, najpierw sprawdzili jej zgodność z wolą Bożą, a później szukali dla tej woli rozumnej drogi, a więc realizowanej dobrymi środkami, to może by i mogli... Oni chcieli świata bez Boga, a tak się nie da.

Ogólniej to można tu powiedzieć, że sąd sumienia w pierwszym podejściu zawiódł przy osądzie czynu zamierzonego przez człowieka.

Oczywiście przy czynach inicjowanych wolą Bożą szukanie najpierw osądu rozumu (obojętne czy żeby dopiero pytać własnej woli czy już jej nie pytać) będzie tak samo błędem, - wręcz grzechem satanizmu, bo tu nasz ludzki rozum będziemy chcieli wynieść nad rozum Boży.

 

Mamy np. zjawisko wyrzutów sumienia. Można by go tłumaczyć jako wynik zakończenia procesów autonomicznego układu nerwowego dokonanych bez udziału naszej woli, a dokonujących osądu naszej woli poprzedzającej nasze złe uczynki jako grzech wymagający zmazania. Można i jako dojście do głosu rozumu serca. I jedno i drugie wskazuje na nadrzędność rozumu nad wolą. Pytanie tylko czy zawsze? Pytanie czy dokonuje też osądu rozumu świadomego i samej świadomości? Przypadek komunizmu pokazuje że nie. - Tu było odwrotnie – jako traktowany nadrzędnie zawiódł rozum (świadomy, zbiorowy, bo wyrzuty sumienia to już sprawa osobista). Narzuca się wniosek, że do osądzania przez sumienie czynów dokonanych trzeba przyjmować nadrzędność rozumu, a wobec czynów zamierzanych nadrzędność woli...

Dlaczego zwolennicy jednej czy drugiej nadrzędności się nie pogodzą jak to było w średniowieczu i aż po oświecenie gdzie do głosu doszedł racjonalizm skutkujący komunizmem?

Dlaczego porażka komunizmu nie otrzeźwiła myślicieli, że teraz zaczyna do głosu dochodzić jego mutacja: globalizm (czy dokładniej: ideologia korporacjonizmu-syjonizmu-globalizmu)?

Tu też narzuca się tłumaczenie dlaczego to rozum jest forsowany na uniwersalny, nadrzędny nad wolą narząd sumienia – bo rozum podlega manipulacjom przez emocje nadmierne względem możliwości samokontroli człowieka. A tu już mamy i strach i pychę i pożądliwości, i chciejstwa – i to wszystko może być pod kontrolą mediów i władz politycznych, może być przenoszone z obiektu na obiekt bez kontroli uczuć nad emocjami, bez udziału woli i rozumu.

 

Po co nam się przejmować sumieniem?

Pracodawcy wręcz żądają żeby pracownik idąc do pracy sumienie zostawiał w domu. Taki zapomni i o człowieczeństwie swoim, i klienta, i będzie parł do zysku firmy po trupach. Zarobi dobrze, ale komfortu bycia człowiekiem to już miał nie będzie. Nadto wejdzie w grzech, a to już najpotężniejsza z wewnętrznych trucizn – duchowa. - Przegrywa życie… a taki zarobek będzie i zniewalający i nerwowo trwoniony.

W zachowaniu czystego i na bieżąco używanego sumienia chodzi o naszą wewnętrzną zdolność samokontroli, o świadomość dla dokonywania koniecznych korekt postępowania w oparciu o najwyższe możliwe na naszą sytuację życiową, czyli „z górnej półki” możliwie najlepiej rozpoznane Boże standardy odpowiedzialności za przyszłość, za trwanie i dojrzewanie w człowieczeństwie, za pokojowe relacje z innymi ludźmi, za trwałe, życzliwe związki, za dobre wychowanie potomstwa, za życie owocne i spełnione.

W najprostszym tłumaczeniu, czyli mówiąc językiem techniki chodzi o ujemne sprzężenie zwrotne – jak czegoś za dużo, kombinowanie żeby było mniej, jak za mało - więcej.

Kiedy sami się osądzamy, to osądzamy zwłaszcza rozum, czy wykorzystał swoje możliwości, oraz czy był posłuszny woli i strzegł jej wolności przed pokusami złego ducha, oraz osądzamy i wolę, zwłaszcza czy nie zakłócała pracy rozumu, czy dawała jej możliwości korzystania z pełni swych sił, czy chroniła swoją wolność, oraz prawdę na której stoi wolność.

Tu trafiamy na problem, bo mamy nieprzezwyciężalne o własnych siłach problemy z osądzeniem siebie, gdyż jednocześnie woli i rozumu osądzać się nie daje.

To dlatego prawdziwym może być tylko sąd ostateczny, bo inaczej to sami będziemy zawsze się oszukiwali. Wielki krok na rzecz ludzkiej uczciwości zrobił tu i święty Ignacy z Loyoli zalecając wszystkim wieczorną modlitwę w formie rachunku sumienia nad tym co robili w ciągu dnia. Nie wystarczy że sami dokonujemy rachunku sumienia to jeszcze potrzebujemy osądu samego Jezusa w osobie kapłana którego na czas spowiedzi Jezus dotuje Duchem Świętym.

To prawda, że w spowiedzi świętej chodzi przede wszystkim o uwolnienie się od niszczycielskiej dla naszego życia duchowego, a więc i cielesnego i społecznego siły naszych grzechów, bo to one ciągną naszą duszę ku jej możliwej śmierci. Ale uwolnić się od grzechu to jedno, a zwrócić się ku życiu drugie. Dobitny przykład mamy w (Mt 12, 43-45) gdzie człowiek uwolniony od ducha nieczystego zwlekał z przemianą życia i źle się to dla niego skończyło.

Nasz rachunek sumienia przed spowiedzią świętą to nie tylko przegląd pamięci o zgrzeszeniach „jedynie” po to żeby się od grzechów uwolnić w „zabiegu kosmetycznym” na rzecz naszej duszy.

Żeby wrócić do normalnego, a więc sprawiedliwego życia potrzebne jest jeszcze zasiedlenie przestrzeni naszej duszy naszym dobrym duchem. Przecież od ducha się wszystko zaczyna. Nasze myśli są dziećmi naszego ducha. Myślami też grzeszymy tak jak słowami, uczynkami i zaniechaniami dobrego postępowania kiedy tylko możemy (a to nawet więcej jak sprawiedliwość – bo dobrze czynić zawsze nam wolno - to już istota naszej ludzkiej prawości. Stąd i nieczynienie dobrze kiedy tylko są po temu warunki jest nieprawością, czyli grzechem).

 

O co tu dziś chodzi „światu”?

Można i trzeba się zastanawiać dlaczego im tak przeszkadza katolicki sakrament spowiedzi świętej, że go atakują bezwzględnie, z forsowaniem na odgórną w Kościele władzę papieża Franciszka (według kryteriów „świata”).

Bo widać że ich manipulacje , wymuszenia, przemoc i terror wszystko to jest nic niewarte wobec braku oferty zasiedlenia naszej przestrzeni życiowej dobrym duchem. Zanosi się na upadek korporacjonizmu-syjonizmu-globalizmu szybszy jak komuny. Jasne że bez dobra świat nie może istnieć - ludzie już mają dość zła wokół siebie.

Bo to, dlaczego atak następuje w okresie wielkiego Postu, kiedy to szykujemy się do przykazanej, szczególnej, dorocznej spowiedzi kiedy mamy dużo pracy przed świętami, wiosenne porządki i nie zdążymy dobrze zrozumieć o co tu chodzi zanim Kościół w swojej zbiorowej mądrości zareaguje - fakty dokonane zostaną ustanowione zanim się zmobilizujemy do obrony ... - Kiedy wrzucane pomysły, czy zalecenia obrosną propagandowo w rangę faktycznie zaakceptowanych decyzji, choćby przez bierność, z którymi później będzie trudno walczyć, czyli metodą terroryzmu - to chyba oczywiste? I oczywiste że im bardzo, ale to bardzo zależy na namieszaniu nam w głowach i sercach.

 

Tu już się wybija tłumaczenie że tu idzie o nasze sumienia, że to one jako nasz ludzki, wewnętrzny organ kontrolny są głównym celem tego ataku.

Jasne że gdyby był ktoś, kto by miał władzę nad ludzkimi sumieniami, a więc i nad wolą każdego człowieka, a przynajmniej znacznej ilości ludzi to by był panem świata.

Tu już jedni mogą się upierać i coś jeszcze wymuszać, inni jak stwierdzą że to niemożliwe będą chcieli je osłabiać, niszczyć, zwłaszcza zniszczyć atakując samych księży w ich funkcji nauczycielskiej formowania sumień. Jeśli by się dało wyciszyć sumienia, już by zostawał tylko głos „autorytetów świata” - bardziej czy mniej zakamuflowana tyrania „możnych tego świata”.

 

Włącza się w to papież Franciszek i mówi: [Jako spowiednicy] „Musimy pamiętać, że jesteśmy jedynie narzędziami, a nie panami sumień” [narzędziami penitenta: „Spowiednik nie jest źródłem miłosierdzia. Jest jedynie koniecznym narzędziem do jego otrzymania].http://info.wiara.pl/doc/4551984.Papiez-do-spowiednikow-Jestesmy-narzedziami-a-nie-panami-sumien

To „jedynie” jest tu kłamstwem. Czyni ze spowiedzi „jedynie” potrzebny zabieg. Pozbawia spowiedź świętą wymiaru sakralnego, sprowadzając ją do działania interesownego (coś za coś), kiedy w rzeczywistości spotkanie z Jezusem w spowiedzi świętej to spotkanie penitenta ze swoją największą miłością, którą obraził swoimi grzechami. Tu naturalną relacją docelową powinna być bezinteresowność obustronna a skupienie na celu dobra ku któremu kierowane są te miłości.

Owszem, rozgrzeszenia, pokuty i nauki na przyszłość dla siebie chcemy, ale z miłości do Boga w Trójcy jedynego, a nie dla interesu jak to zasugerował papież twierdząc iż penitent przychodzi do spowiedzi z potrzeby otrzymania miłosierdzia.

A relacja osobowa z Bogiem, a żal za grzechy?

Jak może być żal skoro za cel jest stawiane otrzymanie czegoś?

Powinna być chęć dawania, chęć naprawiania skutków win…

Ten cel penitenta – „uzyskanie miłosierdzia” zakłada że miłosierdzie ma wymiar daru. Co po miłosierdziu, jak w tym ujęciu nie jest ono łaską w której dalej trzeba współpracować z łaskawcą aż po osiągnięcie jego celu dla tej łaski? Jako dar z pewnością zostałoby zmarnotrawione, a łaskawca sprowadzony do jakiejś roli patologicznej roli zniewolonego cierpiętnika w szponach patologicznego układu. Pomija też aspekt dobrowolności łaskawcy w udzielaniu łaski tak jakby na łaskę można było zasłużyć, jakby mogła się należeć.

Z tym celem penitenta – jako „uzyskaniem miłosierdzia”, to tu jest przekolorowanie – przecież to jest rzadkość. Któryż to penitent idzie po miłosierdzie, a nie przebaczenie jako wyraz miłości?. Miłosierdzie owszem - ono jest w Bożej intencji, ale później – najpierw miłość. Penitent nie przychodzi po ratunek na jego sytuację, bo już ma świadomość że ginie od swojego grzechu, ale przychodzi po przebaczenie bo żałuje obrazy Boga i skrzywdzenia ludzi, i chce się poprawiać. Ratunek, wyciągnięcie z opresji, z dołka, z niemożności działania jest aktem miłosierdzia, a samo przebaczenie grzechów jest aktem miłości – w tym akcie Jezus bierze ciężar winy na siebie, ofiaruje się go nieść aż do śmierci. Miłość tu jest niezbędna żeby mogło nastąpić później miłosierdzie. Relacja między miłością a miłosierdziem jest taka jak między bombą atomową a bombą wodorową – bomba atomowa jest zapłonnikiem dla bomby wodorowej

„Narzędzie” tutaj to nie przestroga że niektórzy penitenci mogą chcieć tak traktować spowiednika, a nakaz czucia się takimi narzędziami. Przecież przyjęcie takiej postawy „narzędzia” w rękach osoby spowiadającej się wyklucza wolność osoby udzielającej przebaczenia win.

„Narzędzie” to już mająca niecne zamiary manipulacja wyraźnie zmierzająca do uczynienia spowiedzi powierzchownymi, automatycznymi, bezdusznymi (narzędzia są bezduszne – to ich natura, nawet te automatyczne, zaprogramowane, czy samoprogramujące się) – narzędziami od spełnia życzeń penitenta.

„Narzędzie” - sugeruje że penitent posługujący się nim może zasłużyć sobie na łaskę Łaskawcy (z perspektywą że gdy nie zasłuży to będzie winił „narzędzie” jako felerne. Na porządku dziennym trzeba się więc spodziewać obwiniania kapłana że „nie dopuszcza do Komunii świętej”, czy „straszy piekłem”.

Zwrot „panami sumień” też jest tu nie na miejscu bo i tak wiadomo że nikt nie może być panem niczyjego sumienia. Sumienie spełnia swoją funkcję wyłącznie jako wolne. Jest to więc sugestia że są tacy, co by chcieli być panami ludzkich sumień, i że są wśród kapłanów.

I z konsekwencją jak powyżej, przy „narzędziu” - tym „złym kapłanem”, „panem sumienia” miałby być czyniony kapłan co to „nie dopuszcza do Komunii świętej”, czy „straszy piekłem”, i to w praktyce nieważne z jakiego powodu, a od razu z podejrzeniem że z powodów osobistych, może i niecnych, zniewalających.

Wyłania się z tego wizja docelowa „Kościoła usługowego” z zasadą: „klient nasz pan”, czy „pan ma (po „usłudze”) sumienie wolne – nawet od człowieczeństwa, a ksiądz ma swoje sumienie zostawiać w domu” - ważne żeby klient był zadowolony. Poprawność polityczna wyniosła myślenie prawnicze do absurdu – klient „ma prawa”.

Jasne że gdyby był ktoś, kto by miał władzę nad ludzkimi sumieniami to by był panem świata. Skoro to niemożliwe to najlepiej je zniszczyć czy zakłócić ich funkcjonowanie atakując samych księży w ich funkcji nauczycielskiej formowania sumień. Jeśli by się dało wyciszyć ludzkie sumienia, już by zostawał tylko głos autorytetów świata – faktycznych panów nad zniewoloną ludzkością.

To dlatego świat polityki (w tym gospodarki i ekonomii) nie odpuszcza i ludzkiemu sumieniu będącemu jednym z narzędzi człowieczeństwa dojrzałego w funkcji kontrolera wewnętrznego. Oczywiście sumienie też powinno być dojrzałe, czyli odpowiednio ukształtowane w procesie wychowania do życia samodzielnego, odpowiedzialnego, dalekowzrocznego, dorosłego, świadomego ludzkiej duchowości, i kulturalnego, w tym religijnego, oraz do życia w pokoju że wszystkimi ludźmi i ich społecznościami zmierzającymi do życia w pokoju. Formowanie sumienia ku dojrzałości w człowieczeństwie to proces, w którym i katecheza, i spowiedź są niezbędne. Tylko takie może wybronić człowieka przed zniewoleniem i zniszczeniem.

 

Oczywiście, że są ludzie rzeczywiście groźni, co by chcieli być panami ludzkich sumień – tylko nie bezpośrednio, a przez prawo. Takimi w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-politycznej są przede wszystkim duchowi spadkobiercy filozofa protestantyzmu Kanta, który wyniósł prawo stanowione ponad wszelkie ludzkie wartości sprowadzając je do roli ludzkich obyczajów, a jako takie podlegających zmianom, w tym z mocy prawa stanowionego przez władze państwowe faktycznej natury dyktatorskiej bez względu na moralność – nawet mimo formalnych ram ustroju demokratycznego, i z dążeniem do podporządkowania sobie religii, a więc i z tendencją do wybijania się na brak jakiejkolwiek zwierzchności, kontroli i odpowiedzialności.

Co prawda samo człowieczeństwo, zwłaszcza dojrzałe to nie obyczaj – jego się nie stanowi, tylko odkrywa to, co tu Bóg ustanowił i jeszcze stanowi. Problem że i tu znaleziono obejście – ideologię humanizmu, prawniczą namiastkę człowieczeństwa. „Ludzkie podejście” do drugiego człowieka jak do zwierzęcia hodowlanego, co to „ma prawa. - Tak więc nasze relacje z drugim człowiekiem, ale w ramach ideologii humanizmu miały by być najważniejsze, a nie nasze relacje z Bogiem określające to co w nas i dla nas oraz dla tych „drugich ludzi” jest najlepsze. - O tym, że w tym układzie naturalną rolę Boga – Ojca wszystkich ludzi który spaja wszystkich w zgodną jedność - będzie tu zajmowała sama ideologia, czyli praktycznie ideolodzy w mediach i aparacie prawniczym – jej kapłani na usługach władzy ziemskiej, i sporego grona pasożytów z nią związanych, ale zwłaszcza w jej interesie, to już jakoś cicho.

Jakiż tu może być sens obwiniania księży o zamiar bycia panami sumień penitentów, kiedy to raczej księży trzeba uczulać na potrzebę mobilizowania penitentów do walki o wolność ich sumień w relacjach ze „światem”, czyli praktyką polityki ich dotyczącą, i w tej walce wspomagać?

KOMENTARZE

  • Nie ma grzechu
    Kiedyś doświadczyłem mistycznego wglądu na drugą stronę życia. Tej wszechogarniającej akceptacji, jaka mnie tam ogarnęła, nie da się inaczej podsumować, jak przez kategoryczne stwierdzenie że nie ma czegoś takiego jak grzech. Tak więc dla mnie nie ma grzechu, ani winy ani tym bardziej kary . Jednak ponieważ świat duchowy jest jak najbardziej realnym, razem z jego regułami, pojawia się u nas przeczucie współgrania z tymi regułami, albo dysonansu, zwane sumieniem.
  • @Kruk63 10:19:11
    "Kiedyś doświadczyłem mistycznego wglądu na drugą stronę życia".

    A co na to Twoje sumienie? - Czy to było doznanie za przyczyną Bożą, czy raczej mocą diabelską?
    Bo że próbowanie wglądać w przyszłość jest grzechem to chyba wiesz?
    A nie nosisz czasami majtek "Hello Kitty"?

    Bo że diabłu najlepiej sztuczki wychodzą kiedy przekona człowieka że go nie ma to chyba wiesz?
    Nie widzisz czasami u siebie tendencji do "Hulaj dusza, piekła nie ma?

    A czymże jest "wszechogarniająca akceptacja" jeśli nie rozpaczliwym szukaniu akceptacji dla zła które czynisz lub dla postawy nie czynienia dobra które możesz?
    - Czymże jeżeli nie samorozgrzeszeniem, po to aby nie iść do spowiedzi, bo przy dobrym spowiedniku jednak łatwo wróciłbyś na dobrą drogę?
  • @miarka 13:59:23
    Nie mam w sobie tendencji do czynienia wszystkiego na co mam ochotę. To doświadczenie o którym wspomniałem wyryło mi w świadomości głębokie przekonanie o boskim źródle w każdym człowieku. Dzięki niemu jest we mnie bezwarunkowy szacunek dla drugiego człowieka. Ale nie zawsze szacunek do prawd, które wyznaje.
    Gacie z nadrukiem hello kity, dobre :)
  • @Kruk63 15:15:33
    " To doświadczenie o którym wspomniałem wyryło mi w świadomości głębokie przekonanie o boskim źródle w każdym człowieku. Dzięki niemu jest we mnie bezwarunkowy szacunek dla drugiego człowieka. Ale nie zawsze szacunek do prawd, które wyznaje".

    Pięknie.
    Ale co z Tobą? Przecież głosisz "wszechogarniającą akceptację", a to akceptacja i dobrego, i złego? I dokonanego i zamierzanego?
    Nie czujesz potrzeby weryfikacji swoich własnych postaw czy aby nie stoją w sprzeczności z byciem "na Boży obraz i podobieństwo", zwłaszcza w dobru?
  • @miarka 15:48:39
    Czy złe jest każde bolesne zdarzenie, dzięki któremu uświadamiamy sobie błędną postawę życiową? Ty nie wiesz jaki efekt wywoła twoje działanie na drugiego człowieka, ja też tego nie wiem. Ale Ktoś wie. Dlatego jak już się o coś martwię, to o zgodność samego siebie z własnym sumieniem o którym wspomniałem wcześniej.
  • @Kruk63 16:24:54
    "Czy złe jest każde bolesne zdarzenie, dzięki któremu uświadamiamy sobie błędną postawę życiową?"

    Samo uświadomienie to jeszcze nic. Nawet może być samozatraceńcze jeżeli będzie skutkowało poczuciem winy.
    Właściwwym jest dopiero żal za grzech i mocne postanowienie poprawy. Dopiero to jest nasza postwa umożliwiająca przebaczenie grzechu samemu sobie i uzyskanie przebaczeń od Boga i od osoby pokrzywdzonej.

    "Błędna postawa życiowa" nie skorygowana jednoznacznie i stanowczo, oraz wystarczająco szybko odpowiednim działaniem, przywróceniem ładu moralnego i ustanowieniem nowych zasad profilaktyki, otwiera drzwi dla kolejnych błędów własnych, a także dla wszelkiego typu wrogów wewnętrznych liczącuch na pobłażliwość i bezkarność.
    Tu jest też miejsce dla "Twojej" "wszechogarniającej akceptacji" - ona przechodzi w roszczenie, czy uzurpację "prawa do pobłażliwości wobec zła". Zło wokół Ciebie gęstnieje, bezczelnieje, obrasta w sympatyków i stronników, a przestrzeń dla prawdy i życia się kurczy.
    Tam gdzie jest "wszechogarniająca akceptacja" nawet zło moralne jest uznawane za dobro, wiec nikt nie ma potrzeby korygowania postaw, a więc patrzenia moralnego, dalekowzrocznego, prożyciowego. Tam zawsze rodzą się sprzeczności wewnętrzne które z czasem będą rosły aż rozwalą strukturę.
    A jest jeszcze i aspekt akceptacji czyjejś czy swojej złej woli, albo nierozumności...


    "Ty nie wiesz jaki efekt wywoła twoje działanie na drugiego człowieka, ja też tego nie wiem".

    Owszem. - Zło którego zaznajemy też często nas trzeźwi i buduje tak reakcje samoobronne jak uświadamia nam, co dla nas najważniejsze - "na dobre wychodzi" zwłaszcza kiedy nas uwalnia od zbędnych nadmiarów.
    Owszem. - Dobro które planujemy też może mieć niezamierzone efekty uboczne. Dlatego nie podejmujemy działań o skutkach nieodwracalnych, dlatego kultywujemy nasze związki jako przyjazne życzliwe, aby łatwo móc korygować swoje posunięcia. Dlatego we wszystkim co robimy patrzymy realistycznie na cel do którego to zmierza, a nie tylko swoje chęci i swoją mądrość wyjściową.
    Jeśli będziemy traktowali tego kogoś interesownie, jako obcego, to z góry możemy przyjąć że te skutki dla niego będą złe - nawet jak wstępnie mieliśmy wobec niego dobry zamiar.
    "Efekt", to tylko "skutek uboczny" naszego postępowania ("Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi"). Efekt nie może być celem samym w sobie - ważniejsze dobre postępowanie na miarę posiadanych sił, środków i możliwości działania, bo lepszy nawet skromny a dobry i trwały.
    Ważniejsza budowa związków i relacji ludzkich, wewnątrz- i międzywspólnotowych, pokojowych, wzajemnie odpowiedzialnych.


    "Ty nie wiesz jaki efekt wywoła twoje działanie na drugiego człowieka, ja też tego nie wiem. Ale Ktoś wie. Dlatego jak już się o coś martwię, to o zgodność samego siebie z własnym sumieniem o którym wspomniałem wcześniej".

    To, że "Ktoś" wie to jeszcze nie wszystko. Mówisz o sumieniu rozumianym jako "przeczucie współgrania z regułami świata duchowego, albo przeciwnie - poczucia dysonansu wobec nich". Coś mi to brzmi górnolotnie, mało praktycznie, bo gdzie ten "drugi człowiek?
    "Dostroisz się" więc do woli Bożej w intencji, w działaniach zamierzonych, ale to będzie "pod skutek".
    Pytanie: "dla kogo dobry" i "na kiedy dobry"?
    Czy obejdziesz się bez korekt co do praktycznych efektów dla tego "drugiego człowieka?
    Bo cały czas masz ten problem o którym pisałem na początku: należałoby osądzać wolę i rozum jednocześnie.
    Nie starczy więc "współgranie" bo nie ma takiej możliwości żeby zagrać jednocześnie - zgrasz rozum, to nie zgrasz woli ...
    Zagrasz na wyczucie - skrzywdzisz człowieka ... lub siebie.


    Jest coś głęboko niewłaściwego w tym "martwieniu się" "o zgodność samego siebie z własnym sumieniem". To tak jakbyś prowadząc firmę od razu zatrudniał prawnika "żeby pilnowł abyś nie musiał ponosić konsekwencji karnych za działania niezgodne z prawem" zamiast samemu dbać o działanie uczciwe.
    Owszem, swoje postępowanie planowane i dokonane należy poddawać kontroli wewnętrznej, ale nie ze strachu przed karą a z chęci czynienia dobrze i dokonywania korekt koniecznych aby nikogo nie krzywdzić.
    Zauważ: martwisz się "o zgodność samego siebie z własnym sumieniem", zamykasz się na sobie, a Bóg i drugi człowiek zostają na marginesach.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30